piątek, 30 września 2016

Dzień Chłopaka

Za szefową nie tęsknię. Za papierami też nie. Ale jednak po wypoczęciu, takim prawdziwym i pełnym, wracam do roboty z nową energią i zadowolona :) Nawet dyżury już tak nie przerażają :D Generalnie siedzę w domku, popijam kawkę, opróżniam lodówkę, mam książki, internet, koty. Urlop na wsi. Zero zmartwień.

A od poniedziałku robota.

Mój biedny braciszek już w tym tygodniu zaczął zajęcia. Poszedł na trzeci rok :) Czas leci, nie? Ale on przynajmniej miał wakacje, nie to co rezydent :D

Niedługo stuknie rok specjalizacji i dwa lata pracy w ogóle (chociaż staż to taka praca jak kawa z automatu w porównaniu do latte z kawiarni). No ale można powiedzieć - dwa lata na swoim ;)

Dziś Dzień Chłopaka. Goździka dla taty nie będzie, bo nawet nie mam skąd wziąć, chyba że z ogrodu jakiegoś zerwę, ale życzenia złożone :) Wam, męscy czytelnicy, też wszystkiego najlepszego i wiele radości ;*

niedziela, 25 września 2016

Pozdrowienia ze wsi

Kardio dalej nie pracuje. Jest dobrze :)

Dziś dla odmiany byłam w kinie, do którego w sumie rzadko chodzę, na filmie "Siedmiu wspaniałych". Nie będę spojlerować, więc tu nie opiszę fabuły :D W każdym razie western jak western. Zbyt wielu w życiu nie widziałam, to nie mam porównania, w każdym razie dużo wybuchów i strzelania ;)

Po kinie przeszłam się też (chociaż nie bez celu) toruńskim Starym Miastem, jak zwykle uroczym :) Gdańsk jest ładny, ale czasem jednak tęsknię za Toruniem. Zawsze mogę tu wrócić :)

Teraz popijam piwko (nic szczególnego, koncerniak), z jednej strony mam książkę, z drugiej Master Chefa ;)

Pozdrawiam ze wsi ;)

czwartek, 22 września 2016

Berlin

A więc znów w Polsce, a dokładniej na wsi, u rodziców :) Lepiej niż agroturystyka, bo na swoim :D

Trzy dni urlopu spędziłam w Berlinie. Miasto perfekcyjne dla mnie: odpowiednio duże, milion knajpek z jedzeniem z całego świata, sklepy, metro, uroczy hotelik w centrum ze smacznymi śniadaniami. To były piękne trzy dni ;) Mam parę zdjęć, ale na razie brak kompa.

A dojazd w sześć godzin Polskim Busem za trzydzieści złotych.

Teraz odpoczywam.

Kot poszedł spać do mojej sypialni, gdyż mam najbardziej nasłoneczniony pokój w domu. Ja czytam sobie książkę, gotuję, obijam się. Jest miło. Tylko trochę przerażające, że to już prawie pierwszy tydzień minął.

Nie myślę o robocie. Wcale ;)

czwartek, 15 września 2016

Każdy post

Został - uwaga! - jeden dzień do urlopu :D I dwa wypisy... Planuję trzy dni zwiedzania i półtora tygodnia opierdalania.

Szefowa z urlopu wróciła i jakaś taka w lepszym humorze chodzi, bo jak na razie tylko dwa razy mnie opierdoliła. W tym nawet raz słusznie, bo ostatnio sobie zaległości papierowe narobiłam. Już nadrobione, na urlop jadę z czystym kontem (a przynajmniej czystym do dzisiaj, bo jutro muszę jeszcze trochę biurokracji porobić).

Na dyżurze we wtorek dostałam pacjenta we wstrząsie septycznym, bo na OIOM-ie nie ma miejsc :v Przyszli aneści, obejrzeli, podłączyli pompę, kazali dać płyny i poszli, a ja zostałam i walczyłam z panem do rana... Przeżył.

W ogóle ten dyżur ostatni to tyle opowiadania, że aż mi się nie chce wszystkiego opisywać :D W każdym razie nie spałam ciągiem jak policzyłam jakieś 28 godzin :v Gdy wracałam do domu, ledwo trafiałam kluczem do zamka xD A to dopiero początek mojej dyżurowej drogi ;)

No ale żeby każdy post nie był o dyżurach - kończę :D

niedziela, 11 września 2016

Dzień święty święcić... dyżurem

I znów piszę z dyżuru... ;)

Tym razem jest to znów dyżur niedzielny, a więc i łatwiejszy, i trudniejszy. Dyżury niedzielne charakteryzują się brakiem pomocy skądkolwiek, bo nikogo na oddziale poza mną nie ma, jedynie szefowa na telefon. Za to łatwiejszy, gdyż wczoraj dyżurował stary, dobry internista i ładnie ogarnął chorych, więc nie mam nic trudnego do roboty. Ot pozlecać leki przeciwbólowe, insuliny, zrobić szybki obchód, przetoczyć kilka krwi... Pielęgniarki mam dziś ogarnięte, radzą sobie z chorymi i nie wołają co piętnaście minut ;)

Plus oczywiście rozmowy z rodzinami, które przychodzą w niedzielę i są zdziwione, że nie ma lekarza prowadzącego :D

A na dobry dzień kupiłam już pyszną, szpitalną dużą latte na podwójnym espresso :)

Wiecie, co jest najgorsze? Że już mamy braki kadrowe i wciskają wszystkim dyżury, a będzie z powodów przemeblowaniowych do wzięcia dodatkowe 20 dyżurów na dwa oddziały, czyli około 10 na nasz. I kto je dostanie? Najmłodsi...

Na pewno nie dam sobie wcisnąć kilku pod rząd, ale kto wie, pewnie znów niedziele będą. Przynajmniej dyżur niedzielny to dwa razy więcej kasy niż zwykły :D

Byłam na konfie wczoraj z medycyny rodzinnej i coraz bardziej się skłaniam ku POZ-owi, nawet mimo papierologii i 75+ :D

środa, 7 września 2016

U kardio na dyżurze

Poproszono mnie o opisanie dyżuru, więc czynię to - właśnie na owym dyżurze siedząc ;) Pora jest słuszna, właśnie znalazłam chwilę, by usiąść, napić się kawy i wejść tutaj.

Nie mówię już o tym, że to mój urodzinowy dyżur...

Więc. Ósma rano, odprawa jak co dzień, potem rozdział pacjentów. Dostaję siedmiu, w tym jednego nowego. Do piętnastej biegam i ogarniam tę gromadkę, również jak co dzień. Pod koniec dnia pracy inni "zdają mi" swoich chorych, a ja wpisuję w tabelkę, czy coś z nimi na dyżurze trzeba robić, na przykład toczyć krew albo zmierzyć ciśnienie.

Potem zaczyna się właściwy dyżur. Zostaję sama na oddziale, mam pod sobą niecałe pięćdziesiąt łóżek. Przez pół godziny walczę z papierami, piszę raport - w ciągu dnia zdążyłam już przyjąć na oddział jednego chorego, teraz trzeba go opisać.

Następnie idę porozpisywać pacjentom insuliny i obejrzeć temperatury: gorączkującym chorym zlecam leki przeciwgorączkowe. Wjeżdża kolejny chory. Rozmawiam z nim, badam go, mierzę ciśnienie. Potem opisuję go w systemie, oglądam jego wyniki badań, rentgen, zlecam leki i wszystko to, co trzeba będzie z nim zrobić jutro, czyli badania, EKG, dietę, ważenie. Wracam do dyżurki, piję kawę i... następny pacjent. I to samo.

Około dwudziestej znajduję chwilę, by usiąść, dopić kawę, zamówić przez internet pizzę ;) Potem dzwonię do szefowej zdać raport. Nic szalonego się nie dzieje, więc raport jest krótki: omawiamy przyjętych chorych, przelatujemy przez oddział.

Kolejne godziny to to samo, co w ciągu dnia, misz masz przyjęć, zleceń leków nasennych i przeciwbólowych, sprawdzania insulin i zerkania do internetu. Piszę tę notkę ;) Z reguły około pierwszej w nocy kładę się spać. Czasem udaje się pospać do piątej - piątej trzydzieści, gdy pielęgniarki wołają do insulin, gorączek i innych problemów. Czasem śpi się z przerwami na przyjęcia (lekarze z SORu lubują się w przysyłaniu pacjentów o czwartej w nocy).

O szóstej kończę raport, uzupełniam papiery, których nie chciało mi się zrobić w nocy. Po siódmej zaczynają się schodzić inni lekarze, ja dogorywam przed komputerem. O ósmej drukuję raport i idę go przeczytać na odprawie.

Potem zależnie, czy uporałam się ze wszystkim idę do domu albo zostaję jeszcze pół godzinki i załatwiam swoje sprawy.

Mam nadzieję, że rozjaśniłam trochę Wam kwestię dyżurów na internie :) Myślę, że wszędzie jest podobnie (na internach oczywiście).

Pozdrawiam, (starsza o rok) Kardio!

niedziela, 4 września 2016

Zazdrość

Dwanaście dni do urlopu!

Zmęczona już jestem robotą niemożebnie. Chociaż w ten weekend średnio odpoczęłam, bo musiałam wstawać rano, to jednak co wolne, to wolne. Mózg już nie paruje ;p A w środę - dyżur...

Zastanawiam się, czy jechać na tę całą manifestację za trzy tygodnie. Problemem jest to, że to środek urlopu i nie wiem, czy akurat będę w Polsce. Ale kto wie, może się wybiorę w fartuszku? :D Na ostatniej były dwie dziewczyny z pracy i sobie chwaliły atmosferę, więc chyba warto jechać.

Czekam na pensyjkę, niedługo powinna dojść. Ciekawe ile dostanę za tę mordęgę ;p Kokosów nie będzie, ale i tak nie mogę się doczekać.

A biedni uczniowie biegają znów do szkoły ;) Już nie muszę im zazdrościć...